Najnowsze komentarze
"Wystarczy, że pstrykniesz przycis...
@Zyg, rozumiem, że wolisz chłopców?
Panowie,rzuciliscie sie na posta s...
Songoses do: Po co komu autostrady?
Część druga: W pełni zgadzam się ...
Songoses do: Po co komu autostrady?
Ogólnie się zgadzam, mam tylko jed...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>
Moje linki
<brak wpisów>

13.12.2012 14:25

Jak ulepszyć egzamin na prawo jazdy

Wszyscy lecimy na plastik. Chcemy mieć ten dość brzydki kawałek tworzywa w portfelu, który uprawniał nas będzie do prowadzenia różnych rzeczy. Niczego bardziej nie pragniemy. Czy to z powodu wymagań w pracy, czy to z powodu pogody, a może po prostu twoja dziewczyna nie chce już z tobą jeździć na skuterze? Prawko trzeba zdobyć. Kropka. I tutaj zaczyna się pasmo problemów. Najpierw musisz przebrnąć przez nudne wykłady, które prowadzi ktoś, kto ma 167 lat i kto ostatni raz pojazd silnikowy prowadził w Belgii w 1914 roku, potem przez kilkadziesiąt godzin jeździsz z kimś, kto ma głęboko gdzieś, czy zdobędziesz prawo jazdy czy też nie, aby na koniec umówić się na egzamin, którego najbliższy termin jest za 15 lat i którego i tak nie zdasz, bo egzaminator musiał sobie sam zrobić śniadanie. Wszystkiego najlepszego – właśnie wpadłeś w sidła systemu, którego nikt nawet nie chce zrozumieć. Oczywiście, wchodzą nowe przepisy i jeśli się nad tym zastanowimy głębiej, są one pod pewnymi względami lepsze.  Ja wpadłem jednak na kilka pomysłów, aby znacznie ulepszyć proces wydawania prawa jazdy.

Głupi i głupszy

Zacznijmy od rzeczy moim zdaniem fundamentalnej – od badań lekarskich. Wiem jak to wygląda. Szkoła jazdy albo organizuje lekarza, który w ciągu 7 sekund wypisuje oświadczenie i wsuwa do kieszeni 50 zł, albo udajemy się do swojego lekarza, który dodatkowo zapyta nas „Co tam u Ciebie?” i wsunie do kieszeni 100 zł. Moim zdaniem badanie lekarskie, i mam tutaj na myśli badanie psychologiczne, powinno być częścią egzaminu. Znam osobiście dziesiątki ludzi, którym Starosta wydał dokument Prawa Jazdy i którzy jeżdżą po publicznych drogach Hayabusą, S1000RR, Gixxerami, V-Maxem, ZX-10R czy furami o mocy 400 koni, a którzy są totalnymi kretynami. Prawdę mówiąc, słuchając kilku z nich, czy w ogóle  przebywając w ich towarzystwie zaczynam głęboko wierzyć, że takiej głupoty trzeba się gdzieś uczyć, bo nie może ona być naturalna. I tak też ci ludzie kują testy, wykupią sobie jazdy i zdają, a egzaminator nie ma pojęcia, że właśnie pozwolił poruszać się po sieci dróg debilowi. Dobrze, zatem moja rada jest taka: zaczynamy od rozmowy z kandydatem. Jeśli egzaminowany wykaże w rozmowie choć cień idiotyzmu, jeśli nie będzie potrafił odpowiedzieć, kiedy rozpoczęła się II Wojna Światowa i jeśli okaże się, że lubi swoje posty na Facebooku, do widzenia! Bez negocjacji, bez tłumaczenia, bez dodatkowej szansy. Wtedy długi czas oczekiwania na egzamin sam się tłumaczy, adept może poczytać kilka książek i ogarnąć się.

Manewrowy plac zabaw

Zastanówmy się chwile. Prezentacja nowego egzaminu wywołała lawinę kontrowersji, zwłaszcza jeśli chodzi o test łosia. Owszem, ludzie będą się tam wywalali, ale jeśli ktoś boi się ominąć przy 50 km/h przeszkodę na placu manewrowym, może w ogóle nie powinien mieć prawa jazdy? Z kolei ósemka… To prawdopodobnie najgłupsza, zaraz po suszarkach na stacjach benzynowych, rzecz na świecie. Jeździłem dziesiątkami motocykli i w przy ani jednym z nich nie przydała mi się umiejętność jazdy po ósemce. Ani jednym. Smutni wąsacze powiedzą zaraz „Chwila, chwila panie Tomanek, przecież jazda po ósemce uczy opanowania motocykla i manewrowania w ograniczonej przestrzeni”. Oczywiście, podobnie jak umiejętność chodzenia uczy nie wpadania pod samochód. Mam lepszy pomysł. Zamiast idiotycznej ósemki na placu manewrowym ustawmy przeszkody z jakiegoś miękkiego tworzywa, imitujące samochody stojące w korku. Egzaminowany będzie musiał przejechać przez „tunel” nie zaczepiając o nic. Każdy, kto kiedyś przebijał się przez zator w godzinach szczytu wie, jak precyzyjna jest to czynność. Proste? Można? Dzięki temu łączymy ósemkę i slalom w jeden manewr egzaminacyjny, który, zapewniam, będzie przydatny w przyszłości. O wiele bardziej przydatny niż wiedza, co należy zrobić z urwanym palcem znalezionym na miejscu wypadku. Jeśli egzaminowany będzie umiał nie uderzyć wystający kawałek plastiku czy tektury, to nie uderzy w lusterko jakiegoś Merca na Łopuszańskiej.

Welcome to the jungle

Wszyscy wiemy jak to jest. Perfekcyjna pozycja za kierownicą, grzeczne słuchanie komend i modlenie się, aby nie zapomnieć kierunkowskazu wjeżdżając do ośrodka. Co jak wiadomo potwierdza umiejętność kierowania pojazdem silnikowym podobnie jak umiejętność przyklejenia sobie plastra potwierdza umiejętność do przeprowadzenia przeszczepu nerki. Tutaj moja wyobraźnia zdaje się nie mieć granic, ale spośród wielu pomysłów najbardziej wyróżnia się jeden. Załóżmy, że egzamin odbywa się w Warszawie. Motocyklista startuje z Janek i jedzie przez znienawidzoną przeze mnie do granic rozsądku Aleję Krakowską, skręca na Łopuszańską, zawraca i kieruje się do Janek. Jeśli w tym czasy nie zginie, w nic nie uderzy, nikt na niego nie zatrąbi, zdaje. Udowodnił, że poradzi sobie w każdym innym miejscu na planecie, jeśli wyszedł cało z tej upiornej trasy. Oczywiście analogicznie można przeprowadzić egzamin w niedzielę na wyjeździe z parkingu przy Silesia City Center w Katowicach. Pięćset miejsc parkingowych i 30 tysięcy chętnych je zająć, którzy bardzo nie lubią, jak nie ma gdzie zaparkować i robią się nerwowi.Marines nie byliby tacy dobrzy jeśli trenowaliby bujając się na hamakach i popijając drinki z palemką, prawda?

Rewolucyjny system egzaminowania „Jaki chcesz kupić motocykl?”

Zaznaczam, czytacie o tym pomyśle tutaj po raz pierwszy. Egzaminowany będzie musiał powiedzieć, jaki motocykl chce mieć w przyszłości. Jeśli powie, że R1, będzie musiał przejechać zakręt. W przypadku, kiedy egzaminator zauważy, że gość zwiesza tyłek, wisi na łapach, albo wyciąga stopy jak stateczniki jadąc na perfidną kaczkę, koniec egzaminu. Jeśli powie, że np. dużym Ducati, będzie musiał przejechać mokry zakręt, zredukować i się nie zabić. Jeśli z kolei powie, że w sumie zależy mu  tylko na lansie i chciałby jakiegoś wielkiego cruisera, będzie musiał wycofać nim z parkingu pokrytego piaskiem. Proste? Oczywiście, te akurat tezy są w sferze fantazji. Potrzebne by były tory, motocykle egzaminacyjne, zabezpieczenia, odzież ochronna i ktoś, komu chce się patrzeć na zwieszającego tyłek nieudacznika, który chce mieć superbike’a. Ale wiecie o co mi chodzi.

Potrzebujemy rewolucji!

Bardzo proszę, niechaj wystąpi ten, który uważa, że obecny system egzaminowania jest dobry. Jeśli chodzi o stresowanie ludzi i dojenie ich z kasy, owszem, jest wspaniały. Jest też pełen dziur, które można wykorzystać. Dlatego też ja po kursie na prawko potrafiłem perfekcyjnie zrobić ósemkę, ale nikt nie powiedział mi jak hamować na deszczu albo jak przejechać zakręt nie lądując na drzewie. Czy naprawdę myślicie, że ktoś, kto wykupił 20 godzin jazdy na placu i ktoś, kto używa w realnym świecie słów typu „niop” albo „lol” i ktoś, kto ma problem ze skrzyżowaniami potrafił będzie bezpiecznie prowadzić R-Jedynkę, którą kupi? Czy ktoś, kto spędził dwie noce na uczeniu się testów na pamięć i jeździł Peugeotem swojego ojca w nocy po parkingu, a kto jest zagrożony z 7 przedmiotów będzie bezpiecznie jeździł stuningowaną Hondą Prelude? Nie sądzę. Potrzebujemy zmian. Natychmiast!

Komentarze : 19
2013-02-01 01:10:46 niteczka13

Ósemka na placu motocykla jest tym samym, co jazda po prostej i po łuku osobówką. To mają być pierwsze koty za płoty, plac w zamyślę ma wykazać umiejetność poruszania się wogle motocyklem.
Nowy plac z testem Łosia to lekkie kuriozum.
Dlaczego kuriozum, bo gdzie jadąc normalną drogą, po ominięciu przeszkody musisz hamować bo masz przed sobą kończąca drogę ścianę?
Niestety decydenci zagonili się trochę i aktualnie najtrudniejszym egzaminem na placu jest ten dla motocykli. Wszystkie inne kategorie z prędkością żółwia wstawiają się między pachołki.
Piszesz o stratach w spotkaniu motocykla z osobówką, a powiedz co się stanie jeśli zamiast motocykla będzie to ciężarówka, przecież na kat. C nikt nie sprawdza czy kierowca jadąc z pewną prędkością wceluje między sznurki osobówek.

2013-01-02 14:30:10 iAndrzej

@Ko

"dobrze mieć wsparcie kogoś kto ma już jakieś doświadczenie w jeździe, ale instruktor powinien być w stanie wyłapać więcej błędów"

Dokładnie. Chodziło mi dokładnie o to samo co tobie, tylko, że wg mojego zamysłu człowiek sam powinien dojść do tego wniosku mając wolny wybór.
Dlaczego ktoś uważający, że umie jeździć bez potrzeby przerabiania kursu (przecież może tak faktycznie być) miał by nie być dopuszczony do egzaminu? Toż to obowiązkowa darowizna na rzecz wybranej organizacji. Bo przecież jeżeli nie umie jeździć, to nie zda. Organoleptycznie przekona się, że jednak nie jest taki kozak jak mu się wydawało i wypadało by kupić jakieś szkolenie.
Takie podejście wymusiło by na szkołach podniesienie poziomu niemal z automatu, bo klient nie wiązał by się umową płatną za cały kurs z góry i mógłby się wycofać po próbnej godzinie lub dniu by zmienić szkołę. Jakoś trzeba zachęcić klienta, więc trzeba się postarać. Dzisiaj nikt takiego podejścia nie ma, bo dopiero po teorii (czyli kupieniu całego kursu) przekonuje się ile warta jest szkoła. A przecież nie można kupić samej teorii.

2013-01-01 18:14:59 Ko

@ iAndrzej
Faktycznie w mniejszych miejscowościach może być problem. Tu jedyne rozwiązanie to chyba przestrzegać przed szkołami, które nie trzymają jakichkolwiek standardów, jakichś systemowych rozwiązań niestety nie ma.
Natomiast nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że tego co na kursie może nauczyć kolega. zn. dobrze mieć wsparcie kogoś kto ma już jakieś doświadczenie w jeździe, ale instruktor powinien być w stanie wyłapać więcej błędów. Mowa oczywiście o szkole w której poważnie podchodzi się do tematu szkolenia.

2013-01-01 15:59:30 iAndrzej

@Ko
Można. Choćby dlatego, że w mniejszych miastach niż te największe często nie ma dobrych szkół (a w jeszcze mniejszych jest słaba konkurencja i sytuacja wygląda jeszcze gorzej) i coś musi być tego przyczyną. Np. to, że kursanci często się nie zastanawiają czy to ważne jaką szkołę wybiorą. Zwykle kierują się tylko ceną.
Np. gdyby nie było obowiązkowego szkolenia, to praktycznie tego samego co na kursie można się nauczyć od jakiegoś znajomego motocyklisty. Wtedy szkoły jazdy musiały by podnieść poziom, by zachęcić jakoś potencjalnych klientów.

2012-12-31 12:36:28 Ko

Zaraz, jak można narzekać na szkoły jazdy skoro SAMI je wybieracie. W tym roku robiłem kat A, miałem wyjeździć 20h i tyle wyjeździłem. Instruktor gadał jak siedzieć, jak operować gazem, sprzęgłem itp. przez cały kurs wytykał błędy. Sama jazda najpierw jakieś podstawy, potem plac i nauka hamowania reszta miasto. Nie pamiętam dokładnie ile godzin spędziłem na jeździe w mieście ale wystarczająco by trasę egzaminacyjną znać i pokonywać bez problemu. Nie sądzę, by w 20h dało się nauczyć więcej, zwłaszcza że na kursie pierwszy raz siedziałem na moto. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że moje umiejętności są słabe ale też nie zamierzam kupować R1 mam wyjebane na to co będą o mnie myśleć kolesie zasuwający na 100 konnych machinach a przyszły rok rozpocznę zapewne od kursu doszkalającego.

2012-12-30 23:11:10 iAndrzej

Racja, do tych zakrętów mógłbym dodać tylko jazdę z plecakiem. Co do tzw. "szkół jazdy" właściciel jednej z takich był szczerze zdziwiony, gdy zapytałem kiedy będą zajęcia teoretyczne. Powiedział, że jestem pierwszym posiadającym prawko "B" i domagającym się teorii klientem. Na szczęście jeździć jednośladem nauczyłem się na miejskim skuterze w dwusuwie.

I jeszcze jedno. Skoro władze wprowadzają normalne prawa jazdy dla motorowerów, to może mogły by przy okazji skończyć z tymi śmiesznymi blokadami obrotów? (oczywiście pod warunkiem, że nadal będzie to 50ccm)
Co o tym sądzisz Boczo? Blokady dajmy na to, tylko dla nieletnich i po okresie próbnym możliwość zdjęcia na żądanie rodzica.

Moim skromnym zdaniem ujeżdżanie zablokowanego motoroweru jest o wiele trudniejsze niż odblokowanego (przynajmniej w naszym kraju), bo wymaga od kierowcy o wiele większej koncentracji i zdolności przewidywania (spróbuj zmienić pas na ten do skrętu w lewo, gdy ty jedziesz z ledwością 40km/h a pozostali użytkownicy drogi cisną 70-80, pomimo ograniczenia do 50). Z tej różnicy w prędkościach (i możliwościach) rodzi się wrażenie jazdy na rowerze po autostradzie pełnej rozpędzonych aut.

Niestety realia są takie, że my sobie pogadamy, ale nasze gadanie niczego nie zmieni. Wypadało by założyć partię kierowców. Tak, kierowców nie motocyklistów, po co się rozdrabniać ;-)

2012-12-26 12:45:27 dzabol

Prawo jazdy, prawem jazdy... A co powiecie na kurs przewozu osób lub rzeczy? Sam uczestniczyłem w przewozie osób, odbywało się to na zasadzie siedzenia przed komputerem i klikania co 10 sekund w przycisk dalej (specjalna aplikacja blokowała przycisk na 10 sek, żeby szybciej nie przeskoczyć). Mając do "obejrzenia" około 5 tyś. slajdów, po 50 ma się dosyć. Nie było również obowiązku przeglądnięcia wszystkiego, wystarczył podpis i po kłopocie. Drugą kwestią była jazda na symulatorze, która imitowała różne sytuacje na drodze. Połowa ludzi, która zasiadała na symulator dostawała choroby morskiej.
Co do egzaminu, składał się z pytań niejawnych, a same pytania dotyczyły jakiś chorych statystyk a nie odnosiły się do rzeczywistych przypadków, tj. pytania rzędu "Ile wypadków w Polsce jest spowodowanych przez pijanych kierowców". Ja się pytam co z pytaniami o np. czas pracy kierowcy, wiadomo kto zdaje na zawodowe prawko powinien się na tym znać, ale to już inna kwestia.
O cenie tych "kursów" już się nie będę wypowiadał, bo auto szkoły wydoją z nas całą kasę...

2012-12-22 22:20:44 oro

20 godzin to za mało by nauczyć kogokolwiek jeździć czymkolwiek. Widzę to na każdym parkingu. Tyle tego 'placu' a nawet parkować "nie umią".

2012-12-15 21:41:47 gronostaj

Recepta na uzdrowienie systemu jest prosta:

Wprowadzenie egzaminu ustnego, składanego w obecności policjanta i psychologa, zamiast idiotycznych testów na super-mega-komputerach, pozwoliłoby odsiać pewien procent kandydatów, którzy nie ogarniają tematu albo mają trociny w głowach. Pamiętam, że dopóki w szkole było trzepanie przy tablicy, to jeszcze była motywacja do solidnej nauki i oceny odzwierciedlały rzeczywisty poziom wiedzy. Odkąd weszły masowo kserowane testy, to całą naukę szlag trafił. Pewnie, kochani pedagodzy mieli wygodę, ale ze szkodą dla realnych wyników, a chyba nie o to chodzi.

Dalej, po błyskawicznym zdaniu testu, kwitłem w poczekalni na jazdę, ponieważ egzaminatorów i pojazdów było zdecydowanie mniej, niż ludzi w grupie, która tłumnie opuściła salę komputerową. Zanim nasza ekipa uwinęła się z egzaminem praktycznym, to już przybyła następna.

A przecież można by było wypuszczać delikwentów po jednym z "ustnego", po czym przejmował by ich egzaminator z jazdy. Mniej czekania, mniej nerwów, a i większy wymagany poziom wiedzy - same plusy. Kliknąć A, B lub C i małpę można nauczyć, ale wyartykułować sensowne zdanie lub przytoczyć przepis, to już wyższa szkoła jazdy.

Żałosną jakość fotografii ilustrujących sytuacje drogowe w pytaniach oraz masową wieloznaczność, pomijam milczeniem. Egzamin teoretyczny powinien raczej sprawdzać znajomość przepisów (w tym również niepisanych zwyczajów drogowych), umiejętność logicznego myślenia i podejmowania słusznych wyborów w sytuacji skrajnego deficytu czasowego, a nie próbować złapać kandydata na jakiś wydumany "haczyk".

Psycholog pomógłby odsiać ewidentnych idiotów oraz ludzi po prostu nie nadających się do prowadzenia pojazdów mechanicznych, typu pewna znajoma, której pasażerowie musieli podpowiadać, czy może włączyć się do ruchu, czy się zmieści itp. Tak - miała prawo jazdy. Nie, nie kupione, a uczciwie zdane...

Jak już wspomniałem o jeździe, to egzamin z "placu" powinien być wewnętrzną sprawą szkoły, która upewniałaby się w ten sposób, że można jednego z drugim wypuścić z egzaminatorem na miasto, bez narobienia sobie wstydu i odgórnych kłopotów. Państwowy egzamin powinien składać się tylko i wyłącznie z jazdy po drogach, która miałaby na celu sprawdzenie w praktyce, czy i jak kandydat ogarnia przepisy i ruch drogowy, czy stosuje poprawną linię jazdy, czy umie przewidywać zagrożenia i reagować na nie z wyprzedzeniem itp. Egzamin rozumiany jako takie koleżeńskie stwierdzenie "jest ok, dasz sobie radę - szerokości" albo "wiesz co, jeszcze potrenuj trochę, dla własnego dobra", zamiast próby uwalenia za wszelką cenę, na czymkolwiek.

Dałoby się stworzyć system egzaminacyjny prosty, wydajny i skuteczny i to bez angażowania informatyków, techniki radarowej, laserowej i satelitarnej. Dałoby się, tylko trzeba chcieć zrobić tak, żeby było dobrze i bezpieczniej, a nie tak, żeby... a szkoda gadać! I tu jest pies pogrzebany.

Jeszcze jedno spostrzeżenie na koniec. Może już jest najwyższy czas, żeby kwestią ruchu drogowego zajęli się ludzie bezpośrednio z nim związani, zamiast - dajmy na to - budowlańcy, krawcy, piekarze i politycy, po jakichś tam konsultacjach i projektach. Słowem kluczowym jest tu "bezpośrednio".

2012-12-14 16:53:38 Fiszak

to zdjęcie mnie rozwala xD

2012-12-14 10:11:07 Berm

Fajnie fajnie ale niestety marzenia. Prawko zdać na motocykl jest banalnie, często ludzie twierdzą ze po co szkolić i uczyć, wystarczy klepnąć podpis i wysłać delikwenta na egzamin. Sam zrobiłem całe 5godzin na placu i 1 na mieście, a musiałem o to walczyć sporo żeby chociaż tyle. Fakt jezdziłem już wcześniej na małych pierdzikółkach, ale szokiem jednak było przejscie z simsona na varadero.

Z innej strony ktoś tu dobrze napisał, niech życie weryfikuje a nie egzamin. Moze lepiej by było wprowadzić zamiast egzaminu przepis dotyczący ubioru? Tak, tak wiem. nie każdego stać. Ale jak kupiłeś moto za 5tys to czymże jest wydanie kilkuset złoty nawet na sredniej klasy kombinezon? Nie wspominając o maszynach po kilkanaście tysięcy. A dlaczego? Bo absurdalne wydaje się dla mnie widzieć gościa na Gixxer'ku w szortach i koszulce.

2012-12-14 09:39:05 EasyXJRider

Widzę Panie Redaktorze, że się zgadzamy w tej kwestii. Może by tak więc za pomocą portalu stworzyć Ścigaczową / Riderblogową propozycję programu szkolenia i egzaminowania na prawko? Mogłoby być ciekawie.

->Adrianowski: Zagrożenie z siedmiu przedmiotów świadczy o kondycji mentalnej właściwej szympansom, lub ekstremalnej formie gnuśności intelektualnej. Nie wiem, co gorsze na drodze.

->Instruktor: Wstęp całkiem przyzwoity, w karykaturalny sposób pokazujący rzeczywistość, na którą i Ty narzekasz - tyle, że mniej błyskotliwie. Tak to widzę.

2012-12-13 22:59:15 motomajk

Życie weryfikuje umiejętności a nie egzamin. I nie jestem za tym, żeby egzamin państwowy na prawo jazdy przesadnie utrudniać. Wręcz przeciwnie - jestem za tym aby egzamin był stosunkowo prosty i aby funkcjonowały ograniczenia co do pojemności motocykla. Kwestią do dyskusji jest jaki miałby być okres "przejściowy". Gwarantuję, że nawet cyt. "idiota" zaprawi się w boju, trochę ogarnie i _być może_ dojrzeje do swojej wymarzonej R1. Jeśli nie, faktycznie, trudno - nie masz predyspozycji, zagrażasz innym to będziesz jeździł tak długo aż się odpowiednio wyszkolisz, albo Twoja kariera moto skończy się na czymś co będziesz mógł ogarnąć bez zagrożenia dla siebie i innych. Istotniejsze jest szkolenie po zdaniu na PJ a nie samo zdobycie uprawnień i na to należy położyć nacisk. Jak ludzie mają się uczyć jeździć jeśli nie ma u nas "kultury motocyklowej"? Tym mniej jej będzie, jeśli mniej będzie nas, motocyklistów.

P.S. poza testem psychologicznym dla kandydatów na kierowców powinien być test IQ i badanie refleksu (!) oraz pola widzenia - _totalna_ porażka w tych testach powinna być przesłanką do ograniczenia w typie PJ o które można się ubiegać, ale z możliwością przejścia do "wyższej" kategorii po ponownym teście (tak wiem, idiotą zostaje się do końca życia, ale wolę mieć do czynienia w ruchu z wyszkolonym idiotą niż inteligentem huraoptymistą.)

2012-12-13 22:29:34 Instruktor

Wstęp jest tak bardzo do dupy że aż oczy bolą, a co do zmian to nic się takiego nie stanie i marzyć możesz WORD'y są polityczne i nowi dyrektorzy mają się nachapać kasy ile tylko się da, a co do motocykli i samochodów o dużej mocy jeśli ktoś ma troche oleju w głowie to takie maszyny sa dużo bardziej bezpieczne

2012-12-13 22:07:27 BEZPRAWKATEZMOZNA

OJ TAM. TRZEBA ZAPIERDALAĆ ... !

2012-12-13 22:03:16 Adrianowski

Nie rozumiem dlaczego się czepiasz 7 zagrożeń, co ma szkoła z jazda na motocykl ? Nie każdy jest w stanie uczyć się całymi dniami i dostawać same 5,

2012-12-13 21:42:20 mlody2012

Celne uwagi, jednak pozostają w sferze marzeń. Osobiście marzy mi się kategoria dostosowana do wyników testu psychologicznego. Jeśli kandydat wg testu jest idiotą i potencjalnie może zagrażać osobom postronnym to dajmy mu kategorie lecz odpowiednio niską, przykładowo pojazdy do 125 ccm. Z drugiej strony jednak, jeśli ktoś będzie chciał latać R1 czy inną Hayabusą to i tak będzie to robił bez względu na wszystko.

2012-12-13 19:18:08 Deamiens

Po pierwsze, wydaje mi się (wiem, wydaje mi się) że przepisy należy przestrzegać, więc nikomu nie potrzebna jest R1 czy inne takie, skoro maksymalną dozwoloną u nas prędkość można uzyskać dobrze "drapniętym" dwusuwowym motorowerem, nie mówiąc o czymś więcej niż 250ccm, a do jazdy po torze gdzie owa R1 ma sens prawo jazdy potrzebne nie jest (zwykle). Poza tym motocykle faktycznie są niebezpieczne, więc jakby z automatu nikt normalny nie kupuje motocykla. Chyba że właśnie dla lansu jakiegoś ćwierćtonowego cruisera.

A tak naprawdę... To jakie by szkolenie nie było, jeździć nie nauczy. Nauczy lepiej lub gorzej radzić sobie z motocyklem. I to tym szkoleniowym. Przykłady? 90% ośrodków szkoli na nakedach, jakiś lanser wyszkoli się, fakt, kupi przytaczanego wcześniej cruisera i w pierwszym zakręcie będzie "o h...ptaszek, nie zmieszczę się bo nie skręca!". Sam póki co mam nalatane ok 30k km (niewiele, ale jak na staż nie jest chyba najgorzej) i raczej nie umiem jeździć. No, nie tak jak bym chciał. A ile można się nauczyć w 20h...?

No i na koniec - wpis tak samo sensowny, jak chociażby o bezpieczeństwie i wypadkach - niby wszyscy się zgadzają, temat wałkowany setki razy a i tak nie zmienia się nic. Równie dobrze można by nie wspominać.

2012-12-13 15:27:14 sniadanie

Idiota i egzamin: dwa wydające się wykluczać pojęcia koegzystują we wdzięcznej symbiozie od lat i jak znam zarówno idiotów, jak i sam egzamin, nie sądzę, aby kiedykolwiek trwać przestali.
Twoje postulaty celne, bez dwóch zdań. Zawieszone jednak w sferze ideału, do którego zwracać się będziemy jak do sił wyższych w niebiesiech - z pobożnym życzeniem. Choć może kiedyś, kto wie...
Sam egzamin, egzaminem, ale szkoły jazdy, tak, to jest problem, to jest nawet czasem patologia.
Z psychologiem sprawa ciężka. Państwo nie zdecyduje się na takie straty. Jest jeszcze kwestia młodości, wiem, sprawa kontrowersyjna: ale mając wymagane do prawka lat osiemnaście jak teraz czy nawet dwadzieścia cztery (od stycznia), ciężko przekonać się do jazdy patrolowej, kiedy w silniku tkwi 100 konna zachęta, a otoczenie wydaje się jakby stworzone do jednego: do zaimponowania mu w możliwie spektakularny sposób. Czyż nie?

  • Dodaj komentarz